13 grudnia 1981 roku. Niedziela. Włączam telewizor, za chwilą będzie telaranek. Na jasno świecący ekran telewizora i szum z głośnika dzieci reagują niepokojem. Telewizor popsuty. Trudno, nie będziemy oglądać audycji dziecięcej!. Wyłączam telewizor. Po chwili przez ściana mieszkania dychać dźwięki hymnu narodowego. Włączam radio. Z głośnika słychać słowa premiera, gen. W. Jaruzelsklego: Polacy... A więc to stan wojenny. Idziemy do kościoła. Na ulicach mojej dzielnicy nic szczególnego nie widać. Spokój. Potem spotykam się ze znajomych. Większość z nich jest zaangażowana w jakiejś działalności publicznej, z reguły w "Solidarności". Wszędzie spotykam się ze spokojem. To uczucie spokoju w tym dniu utrwala się w mojej pamięci.
Rankiem następnego dnia jestem już w Szkole. Wyprzedza mnie jak zawsze energiczna Ewa. Szybko kończą się działania zabezpieczające własność Związku: dokumentacja, pieczątki, nawet takie drobiazgi jak nakrycie stołu konferencyjnego z pięknie haftowanymi symbolami "Solidarności". Przybywają do Szkoły pracownicy. Praca przerwana. Gromadzimy się w Klubie Bukszpryt. Trochę jestem zdenerwowany; Jakby brak mi słów do wyrażenia mojej myśli. A uważam, że powinien być wyrażony nasz protest przeciwko stanowi wojennemu w formie strajku. Czy takie przekonanie będą mieli nasi koledzy? Mówię o potrzebie demonstracji naszego stanowiska właśnie w takiej formie. Czuje napięcie na sali. Świetna jest Ewa. Nie ma żadnych wątpliwości. Jest zdecydowana i rzeczowa. Jej rzeczowość podoba mi się. Jest rozumiana przez zebranych. Mimo to widać wahanie. Lek i obawy są zrozumiałe. Na sali pojawia ale p. Pielechaty. Zabierając głos energicznie sprzeciwia się naszym propozycjom. Traktuję jego wystąpienia jako głos w dyskusji (odosobniony zresztą). Inaczej zachowuje się Ewa. Wręcz napada na mówcę. Wydaje ni ale wówczas, że robi to nazbyt ostro. Jej agresywne "wejście" powoduje usuniecie oponenta z sali. W efekcie wystąpienia Pielechatego następuje jednak wzrost wahań sali. W tym momencie obok nas staje Franciszka Cegielska. Informuje o aresztowaniu jej męża Przewodniczącego Komisji Zakładowej Solidarności w PLO. Później okazało ale, że było to internowanie. Ta informacja przeważa szalę. Strajkujemy! Komisja Zakładowa Solidarności przekształca się w Komitet Strajkowy. Budynek Szkoły zostaje oflagowany. Przy drzwiach stają służby porządkowe. Pracownicy udają ślą do swoich pomieszczeń.
Decyzje zapadły. Odprężenia. Można wypić herbatą. Do pokoju przychodzi Pielechaty. Stara ślą wpłynąć na unie, aby odstąpić od strajku. Przedstawia cały, jego zdaniem, bezsens protestu i beznadziejną sytuacją strajkujących. Nie straszy. Kończymy rozmowę bez awantur. Miedzy godz. 12 a 14 ponownie gromadzimy się w Bukszprycie. Jest pełna sala. Informują o podjętych decyzjach: po godz. 15.00 na terenie Szkoły pozostają tylko ochotnicy, mężczyźni. Następnego dnia rano powinni przyjąć na uczelnię wszyscy pracownicy. Zachowanie nasze w przyszłości dostosowywać będziemy do sytuacji zewnętrznej. Na salę przybywa JM Rektor K. Kostecki.. Informuje o naciskach władz dotyczących zaniechania protestu. Stara się przekonać nas o takiej konieczności. Wiemy już o wizytach wyższych oficerów Marynarki Wojennej w Szkole. Nie znamy jednak treści rozmów. Po 13 budynek wyludnia się. Zamykany wszystkie drzwi. Pozostają ochotnicy. Jest nas mało. Jest jedna kobieta - Ewa, która ani myśli opuścić Szkołę. Przed wieczorem dołączają do nas studenci. Spodziewany się wtargnięcia milicji w czasie nocy. Postanawiany spędzić ją razem w jednym miejscu, w Bukszprycie. Z Ewą, reprezentując Komisję Zakładową NSZZ "Solidarność" i w jej imieniu, powołujemy Komisję Zakładową na wypadek naszego aresztowania. Przekazujemy nasze uprawnienia związkowe. Pozostawiamy do ich decyzji ewentualne formy działania. Przejmują informacje o majątku związkowym. Uzyskujemy przyrzeczenie naszego zastąpienia.
Noc mija spokojnie. Trochę rozmawiamy, trochę śpimy. Nad ranem mycie, golenie. Wiemy już, że wyprowadzono bez większego oporu robotników za Stoczni Gdańskiej.. Przybywają pracownicy Szkoły. Napływają kolejne informacje- Milczą załogi większości zakładów pracy. Rozwiązywane są kolejne strajki w tych nielicznych zakładach, gdzie spontanicznie do nich doszło. Spośród uczelni trój miejskich tylko WSM i Politechnika trwa w upartym proteście. Wśród pracowników nie wyczuwam podniecenia, raczej smutek i lęk. Przed południem wzrastają naciski z zewnątrz na Rektora zmierzające do przerwania strajku. Naciski ta odnoszą na razie odwrotny skutek, wyzwalają jeszcze większy upór.
Około godziny 13, we wtorek 15 grudnia, ja i Ewa idziemy na pilne spotkanie do gabinetu Rektora. Tutaj od komandora Glińskiego, Rektora Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, w formie ultymatywnej zostaliśmy poinformowani, że nasz strajk-protest musi zakończyć się przed godziną bodaj 10-tą tegoż dnia. W takim przypadku Dowództwo Marynarki Wojennej gwarantuje wszystkim uczestnikom protestu bezpieczeństwo osobiste i brak konsekwencji karnych lub administracyjnych. W przeciwnym przypadku Szkoła zostanie spacyfikowana przez bliżej nie sprecyzowane oddziały porządkowe. Od tych słów większe wrażenie zrobił na nas fakt, że rozmowa ta odbywała się w obecności nowego, komisarycznego rektora, prof. Rymarza. On też udzielał i potwierdzał udzielane nam gwarancje. Bowiem chwilą wcześniej, Rektor wybrany przez społeczność akademicką WSM, doc. dr inż. Mikołaj Kostecki, został odwołany przez władze nadrzędne.
Strajk pada. Staje się dla mnie i Ewy jasne, że w obliczu oczywistego zagrożenia atakiem milicji. nie jesteśmy w stania utrzymać dłużej ludzi. I tak jesteśmy jednym z najdłużej strajkujących zakładów pracy. Nie mniej mam poczucie pewnego załamania śle kolegów. Myślę, że jest to skutkiem utraty nadziei i utraty wiary w sens w istocie indywidualnego już protestu.
W Klubie Bukszpryt ogłaszam zakończenie strajku. Widzę łzy w oczach wielu ludzi. Śpiewamy Jeszcze Polska .. Żegnamy się serdecznie, całujemy i ściskamy. Ludzie zostają; maja wszak gwarancje... Ja z Ewą na wszelki wypadek natychmiast opuszczamy Szkołę. Idziemy . razem ulicą Czerwonych Kosynierów. Leży biały, świeży śnieg, świeci słonce. Jest pięknie. Nie mam poczucia ucieczki, raczej uczucie wypełnienia obowiązku, co najmniej w stopniu minimalnym. Tak samo myśli Ewa, dzielna, wspaniała Ewa.
Z tamtą chwilą, chwilą opuszczenia Szkoły właściwie to uczucie pozostało ni w pamięci... I dręczące pytanie: kiedy wrócę do Szkoły. I czy w ogóle wrócę?
Jerzy Kowalczyk
Żródło: {Biuletyn Informacyjny Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" przy Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, 13 grudnia, 1990, nr 2 (18)}