Trzeba to mocno podkreślić: mimo spektakularnego "zewnętrznego" radykalizmu politycznego szkolnej "Solidarności", przez cały 1981 w WSM było bardzo spokojnie. Bez jakichkolwiek wojen. Przyszli prześladowcy działaczy Związku siedzieli cicho (niektórzy z nich ... należeli do "Solidarności").
Zmieniło się to natychmiast po 13 grudnia.
Zdecydowana większość pracowników (i studentów - decyzja była wspólna), na
zwołanym przez Komisję Zakładową 14 grudnia wiecu opowiedziała się za strajkiem
okupacyjnym. Potem zaś, przez cały stan wojenny (i później) zachowywała się nad
wyraz przyzwoicie. Z drugiej zaś strony, nagle ujawnili się ludzie, których drażniło już
samo słowo "Solidarność" . Jeszcze inni zwęszyli okazję. A to na awans, a to na załatwienie różnych prywatnych porachunków. Okazało się też, że wielu ludzi,
zwłaszcza tych zajmujących jakichkolwiek stanowiska, zwyczajnie "patrzy z czego ma
chleb". Uznali oni teraz, że skończyły się żarty, skończyły się igrzyska. Że, skoro władza
każe robić świństwa, to cóż ? Mus. Trzeba robić.
Na początku był jednak strajk okupacyjny. Trwał od godzin rannych w poniedziałek
14 grudnia do popołudnia we wtorek.
Autor tych słow oczywiście wziął w nim udział. Był jednym z trzech kurierów wysłanych
przez nasz Komitet Strajkowy do Stoczni Gdańskiej, do Ogólnopolskiego Komitetu
Strajkowego. Miał przyjemność uścisnąć rękę Przewodniczącemu Komitetu
Mirosławowi Krupińskiemu. (Chciałbym wiedzieć co teraz porabia ten dzielny człowiek.)
Rozmawiał z legendą tamtych lat: Anną Walentynowicz. Wieczorem 14 grudnia, razem z innymi wysłannikami Szkoły, wziął udział w obradach Komitetu w słynnej Hali BiHP. (Wśród najcenniejszych
pamiątek osobistych przechowuje list polecający wystawiony mu wtedy przez nasz
Komitet Strajkowy i podpisany przez
Ewę Kubasiewicz oraz datowaną 14. XII. 81
przepustkę strajkową NSZZ "Solidarność" Stoczni Gdańskiej
na swoje nazwisko.)
Od samego początku naszego strajku, do Szkoły przyjeżdżali wojskowi z
Dowództwa Marynarki Wojennej i straszyli pacyfikacją.
W trybie nagłym usunięto z
urzędu rektora doc. Kosteckiego.
Na jego miejsce natychmiast znalazł się chętny: prof.
Władysław Rymarz (w maju 1981 przegrał z Kosteckim wybory).
We wtorek koło południa dotarły do nas (częściowo fałszywe) informacje o upadku
strajku w Stoczni. I kolejne: o zakończeniu strajków w większości trójmiejskich
zakładów, o tym, że z uczelni strajkujemy już tylko my i Politechnika.
Komitet Strajkowy zwołał wiec-naradę.
Ludzie byli wystraszeni, nie widzieli
większego sensu pozostawania w oporze. Opowiada się TERAZ, że stan wojenny był
łagodny, a "Wojna Polsko-Jaruzelska" nieco operetkowa. Zupełnie inaczej wyglądało to
WTEDY, z perspektywy kogoś komu groziło ciężkie pobicie, więzienie, wyrzucenie z
pracy na bruk. A nawet śmierć. Wszyscyśmy się bali. Także ta garstka, chyba jedynie
kilkunastu osób, które zdecydowały się kontynuować strajk. Z ulgą przyjęliśmy (byłem w
tym gronie) decyzję Jurka Kowalczyka, że jest nas zbyt mało, by to miało jakiś sens.
Odśpiewaliśmy więc tylko "Jeszcze Polska" i poszliśmy. Zbierać się do domu.
Ewa z Jurkiem opuścili Szkołę. Mimo udzielonych im formalnych gwarancji
obawiali się aresztowania. Jurek tak będzie wspominał te chwile: Idziemy razem ulicą
Czerwonych Kosynierów (obecnie Morska - przyp. TeSteP). Leży biały, świeży śnieg,
świeci słońce. Jest pięknie. Nie mam poczucia ucieczki, raczej wypełnienia obowiązku,
co najmniej w stopniu minimalnym. Tak samo myśli Ewa, dzielna wspaniała Ewa. Z
tamtej chwili, chwili opuszczenia Szkoły właśnie to uczucie pozostało mi w pamięci ... i
dręczące pytanie: kiedy wrócę do Szkoły i czy w ogóle wrócę?
Nie wrócił. Żadne z tych dwojga nie wróciło. Nie pozwolono im na to.
W Szkole zawieszono działalność dydaktyczną. Studentom kazano wyjechać. My
mieliśmy pełnić dyżury. Podobno po to by pilnować majątku. Także przed stacjonującym
tu teraz wojskiem. Poza tym mieliśmy się w pracy nie pokazywać. Porozchodziliśmy się
więc do domów.
Nie wszyscy. Piętnastu studentów pod wodzą Jacka Boronia pojechało do Stoczni.
Kontynuować strajk. Wygarnęło ich stamtąd 16 grudnia ZOMO w trakcie kolejnej
pacyfikacji. Przeszli ścieżkę zdrowia w Pruszczu i trafili do więzienia w Starogardzie.
Wyciągnął ich z niego duszpasterz gdyńskiego środowiska akademickiego, ks. Andrzej
Miszewski, płacąc słone grzywny (do zamiany na areszt). Wszystkich, za wyjątkiem
Jacka Boronia, który przesiedział w internacie do grudnia 1982. Pozostałym odebrano
książeczki żeglarskie co było równoznaczne ze skreśleniem z listy studentów (nie mogli
odbywać obowiązkowych praktyk). Również Jackowi, po powrocie z internowania pan
rektor Rymarz odmówił ponownego przyjęcia na studia.
Nasi studenci jeszcze wielokrotnie mieli zademonstrować swój wrogi stosunek do
porządków stanu wojennego. Między innymi, w sposób mocno widoczny dla
mieszkańców Gdyni, w trakcie defilady pierwszomajowej, do uczestniczenia w których
byli przymuszani. Za każdy przejaw oporu spotykali się z represjami. My, ich
nauczyciele staraliśmy się im pomagać. Najczęściej bezskutecznie.
Wracam jednak do wydarzeń z grudnia. W środę, szesnastego aresztowano Jurka
i Ewę. Zapadły niezwykle surowe wyroki: 10 lat dla Ewy, 9 dla Jurka.
Odbiły się szerokim echem w kraju i zagranicą.
Jednym ze świadków oskarżenia był inż. Marek P., obecny dyrektor
Ośrodka Ratownictwa Morskiego przy WSM, a także stały współpracownik Urbanowego "NIE"
(specjalista od opluwania ks. arcybiskupa Gocłowskiego). Szalenie tajemnicza postać.
W 1981 mówiło się o nim, że jest wyższym oficerem SB, jej rezydentem w WSM.
W czasie strajku zachowywał się tak, jak gdyby był osobiście odpowiedzialny za rozwój wydarzeń w Szkole.
Wykazał się tu pewnš odwagą występujšc publicznie przeciwko praktycznie wszystkim
- inni zwolennicy stanu wojennego kryli się po gabinetach
(por. wspomnienia doc. Kosteckiego).
Po raz drugi pojawił się publicznie, na krótko, na przełomie lat 1989/1990.
Jako "palacz" dokumentów KW PZPR w Gdańsku. Widać bardzo mu zależał by nie zostały upublicznione ...
Znowu wracam do wydarzeń z 1981.
W Szkole zbieraliśmy pieniądze na koszty procesu
(obciążono ich nimi) i jakieś grzywny. Dawali wszyscy.
Przerwa w zajęciach trwała aż do 23 stycznia. Był to zapewne okres wytężonej
pracy koncepcyjnej władz nad planem zlikwidowania w Szkole wywrotowej atmosfery i
znalezieniem drogi do radykalnej zmiany postaw pracowników i studentów. Albo
chociaż do ich zastraszenia.
Zaczęto już 14 grudnia od usunięcia ludzi wybranych w czasach solidarnościowych do władz
Uczelni. Oprócz doc. Kosteckiego zdjęto ze stanowiska prorektora doc. Henryka
Dzierżka.
Potem pozbyto się solidarnościowych dziekanów i prodziekanów.
W maju powołano Uczelnianą Komisję d/s Analizy Kadry Dydaktycznej WSM w
Gdyni, w skład której weszli również przedstawiciele Marynarki Wojennej (kmdr
Pietraszkiewicz) i Komitetu Miejskiego PZPR (jakaś pani Siemnicka). Na wszystkich
wydziałach powołano tzw. zespoły oceniające. Wytypowały one 26 osób do zwolnienia
z pracy. Ostatecznie zwolniono siedmiu pracowników, w tym obydwu solidarnościowych
rektorów: Kosteckiego i Dzierżka.
Na ogół represje były celne. Zwolniono ponad połowę członków Tajnej Komisji
Zakładowej, ze składu ustalonego przed 13 grudnia. Uchowali się jedynie ci jej
członkowie, którzy wcześniej nie pełnili żadnych eksponowanych funkcji. Wśród nich jej
Przewodniczący Krzysiek Kołowrocki (a także autor tych słow). Doprowadziło to do znacznego
paraliżu podziemnej działalności w Szkole (poprzecinano niektóre kanały łączności).
Była ona prowadzona, przez lata całe zbieraliśmy i przekazywaliśmy "wyżej" składki
członkowskie, kolportowaliśmy bibułę, sporadycznie ukazywał się biuletyn, ale robiło to
kilka, nie zawsze wiedzących o sobie ośrodków.
Atmosfera w Szkole wiosną 1982 była nie do zniesienia. Dopiero wtedy powstały
przepaści dzielące ludzi. Zaczęliśmy szkolne stosunki wyraźnie postrzegać w
kategoriach "my i oni". Dawniej tego nie było. To najbardziej negatywna spuścizna
tamtych lat. Powoli się zaciera skutkiem upływu czasu, zwłaszcza zaś skutkiem
wymiany kadr, ale ciągle jeszcze (w 1998 r.) istnieje.
Czystki w Szkole przeprowadzane były niewątpliwie pod silnym naciskiem z
zewnątrz. Większości z naszych szkolnych kolegów (tak ich przecież trzeba, mimo
wszystko, postrzegać) robiących tę brudną robotę można zapewne zarzucić jedynie
ludzką małość. To, że mniej cenili sobie PRZYZWOITOŚĆ niż to "z czego mają chleb".
(Skądinąd "chleb z masłem".) Jednak trudno o tym tak całkiem zapomnieć. Tym bardziej,
że wielu z nich ciągle ma w cenie te same niezbyt sympatyczne "wartości". I że
hołdowanie tym "wartościom" ciągle popłaca.
Po latach, w grudniu 1989 roku Senat WSM, pod naciskiem "Solidarności", podjął
w sprawie tamtych wydarzeń uchwałę następującej treści:
Senat Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni potępia działalność komisji
weryfikacyjnych, dokonujących po wprowadzeniu stanu wojennego, tendencyjnych i
nieuzasadnionych ocen pracowników, które w wielu przypadkach były podstawą do
zwalniania z pracy oraz usuwania ze stanowisk wielu wartościowych i cenionych osób.
Działalność tę uznaje za bezpodstawną i nieetyczną, niegodną pracowników
Uczelni - nauczycieli i wychowawców młodzieży.
Jednocześnie Senat wyraża przekonanie, że praktyki takie nie będą miały miejsca
w przyszłości a osoby skompromitowane działalnością w komisjach weryfikacyjnych
powinny rozważyć w swoich sumieniach możliwość rezygnacji z pełnionych przez nie
funkcji kierowniczych, a także z zasiadania w ciałach kolegialnych Uczelni.
Pikanterii tej (dość wykrętnej) uchwale nadaje fakt, że Senat, w sposób oczywisty,
podjął ją ... przeciwko sobie. Spora część ówczesnych senatorów to były
właśnie owe "osoby skompromitowane działalnością w komisjach weryfikacyjnych".
Rzecz jasna żadna z nich nie zdecydowała się na rezygnację z jakiejkolwiek funkcji.
Przecież dawały im one ów upragniony "chleb z masłem", o który tym ludziom zawsze
chodziło.
Właśnie wtedy były rektor, doc. Kostecki, w głośnym artykule opublikowanym
w "Tygodniku Gdańskim" nazwał Szkołę "Doliną czerwonych słoni". Trochę później
Zbigniew Sulatycki, minister Urzędu Gospodarki Morskiej w rządzie Jana
Olszewskiego, tak opisywał (w diecezjalnej "Gwieździe Morza") moją Uczelnię:
Egzekutywa partyjna do dziś robi tam co
chce, szasta państwowymi pieniędzmi na wszystkie strony..
Trzeba wszakże widzieć i to, że tylko niektórzy z aktywistów stanu wojennego w
WSM lubowali się w swojej "kompromitującej" działalności. Większość z tych ludzi
podchodziła do niej bez entuzjazmu. Dowodem na to jest choćby historia powstawania
neo-związków. Zorganizowała je jakaś anonimowa "grupa inicjatywna", która nigdy nie
ujawniła swoich nazwisk. Potem długo nikt się do niej nie chciał przyłączać. Mimo
rozdzielania wśród członków talonów na deficytowe wówczas, a przez to nadzwyczaj
cenne artykuły: pralki, lodówki. Zaradzono temu wydając wszystkim (dość w Szkole
licznym - był nim nieomal każdy funkcyjny) członkom PZPR polecenie zapisania się.
Wkrótce wybuchła głośna awantura, bo już nie starczyło pralek, a zaczęto rozdzielać
zaledwie żelazka.
Z biegiem miesięcy i lat sytuacja w Szkole "normalizowała się". Powoli podziemna
"Solidarność" traciła na znaczeniu. Podobnie jak w całej Polsce.
Początkowo mieliśmy co do tego niebezpieczne złudzenia. Rozwiały się one
podczas wyborów rektorskich w maju 1984. Ówczesna ordynacja dawała społeczności
akademickiej znaczny wpływ na obsadę stanowisk kierowniczych. Byliśmy przekonani,
że to właśnie my, podziemna "Solidarność" zadecydujemy jakie będą władze rektorskie.
Jedynym, jak nam się wydawało, problemem były formalne wymogi. Rektorem mógł być
wyłącznie ktoś ze stopniem doktora habilitowanego lub z tytułem profesorskim. Takich
było w WSM zaledwie kilku, w tym tylko jeden naprawdę NASZ: doc. Władysław
Kuźniar (dziś już nie żyje). Niestety odmówił. Nie widział się w roli rektora. Poparliśmy
więc (zatwierdzonego również i przez Komitet Wojewódzki) prof. Jędrzejowicza. Zrobił
nam przykrego psikusa i na jednego z prorektorów zaproponował osobę szczególnie
(oględnie mówiąc) nielubianą, wyróżniającą się zaangażowaniem w zaprowadzanie w
Szkole porządków stanu wojennego. Postanowiliśmy tę kandydaturę odrzucić w
głosowaniu. Myśleliśmy, że nas na to stać. No i nie udało się. Przeszedł. Co prawda
minimalną ilością głosów (bodajże jednym!), ale jednak.
Przy okazji wyborów rektorskich mocno zaistniała publicznie w Szkole Franciszka Cegielska - przyszła Prezydent Gdyni, bardzo w tamte rozgrywki wyborcze zaangażowana. (Po raz pierwszy zwróciła na siebie uwagę na wiecu przedstrajkowym 14 grudnia - por. wspomnienia doc. Kosteckiego i
Jurka Kowalczyka)
TeSteP
Ewa Kubasiewicz została oskarżona o to, że wspólnie z Jerzym Kowalczykiem, jako pracownicy WSM i członkowie NSZZ "Solidarność" zorganizowali i kierowali strajkiem w WSM w Gdyni w dniu 14,15.12.1981 r. oraz, że wspólnie z Jerzym Kowalczykiem, Władysławem Trzcińskim, Wiesławą Kwiatkowską, Cezarym Godziukiem, Jarosławem Skowronkiem, Sławomirem Sadowskim i Krzysztofem Jankowskim - w celu rozpowszechnienia - sporządzili, gromadzili, przechowywali i kolportowali ulotki zawierające nieprawdziwe wiadomości mogące osłabić gotowość obronną PRL, wywołać niepokój publiczny lub rozruchy.
Oskarżono też Marka Czachora, syna Ewy Kubasiewicz o udostępnianie im do tego celu mieszkania.
Rozprawę prowadzili: sędzia Grzybowski, lat ok. 45, nazwisko prawdopodobnie fałszywe (prawdziwe, był to istotnie kmdr ppor. Andrzej Grzybowski - przyp. TeSteP) (nie mylić z sędzią Grzybowskim, starszym wiekiem, znanym w Gdyni) oraz sędziowie Głowa i Fiszke. Oskarżał prokurator Henryk Wojcieszek (a także prok. Stanek - przyp. TeSteP). Dochodzenie prowadzili pracownicy SB Krywosiejew ( a może Krywoszajew ? - przyp. TeSteP) i Gaładyn.
Piszę tę relację z pamięci, gdyż sędzia Grzybowski zabronił sporządzania notatek. Wokandy nie były wywieszone.
Ewa Kubasiewicz i Jerzy Kowalczyk przyznali się do udziału w kierowaniu strajkiem i do zredagowania jednej ulotki zawierającej informację o przebiegu i zakończeniu strajku w WSM oraz ich sprzeciw odwołaniu rektora Kosteckiego i powołaniu rektora komisarycznego Rymarza. Tym zostali obciążeni przez sąd i za to skazani:
Ewa Kubasiewicz na 10 lat pozbawienia wolności + 5 lat utraty praw publicznych; Jerzy Kowalczyk na 9 lat pozbawienia wolności + 5 lat utraty praw publicznych. Sąd całkowicie zignorował:
1. krótki (ok. 30 godzin) czas trwania strajku;
2. dołączone do akt poręczenie rektora Rymarza - wystawione w obecności i za
aprobatą członka WRON, kontradmirała Glińskiego, negocjujacego ze strajkującymi -
zapewniające całkowite bezpieczeństwo uczestnikom strajku w wypadku jego
natychmiastowego przerwania;
3. przerwanie strajku po otrzymaniu poręczenia (chociaż bez związku z nim -
przyp. TeSteP);
4. zeznania świadków, które nie potwierdzały zarzutów stawianych Ewie
Kubasiewicz i Jerzemu Kowalczykowi (nawoływanie do kontynuowania strajku).
Sąd nieprawidłowo interpretował treść ulotki informującej rzeczowo o stanie faktycznym, a podciągniętej pod art.48 p.1,2,3 jako podburzająca i zawierająca nieprawdziwe informacje. Przewód sadowy pozwalał przypuszczać, że oskarżeni zostaną uniewinnieni, o co wnosili obrońcy (Urbaniak, Łapicki i Witulski - przyp. TeSteP). Tymczasem wymiar kary stoi w tak rażącej dysproporcji do działalności oskarżonych oraz do innych dotychczas wydawanych, w podobnych sprawach wyroków, że budzi zdumienie i oburzenie. Sąd nie potrafił lub nie chciał uzasadnić swojego stanowiska, zwłaszcza w odniesieniu do surowości kar.
Pozostali oskarżeni nie przyznali się do stawianych im zarzutów i niczego nie zdołano im udowodnić. Nie znaleziono powielacza, ani papieru, na którym rzekomo powielono ulotki. Nikogo nie schwytano na gorącym uczynku (drukowanie i kolportowanie ulotek). Wszyscy świadkowie oskarżenia zeznawali na korzyść oskarżonych. Mimo to wyroki zapadały równie surowe (trochę mniej: "tylko" po 5 - 6 lat - przyp. T.St.P.).
Na uwagę zasługują metody prowadzenia śledztwa i przewodu sądowego.
- główny świadek oskarżenia, Sołtys (student UG - przyp. TeSteP) podczas
przewodu odwołał swoje zeznania, jako wymuszone w śledztwie; został postawiony
przez Sąd w stan oskarżenia, ale jego zeznania utrzymano w mocy;
- oskarżeni zeznawali, że przesłuchiwani byli pod groźbą pistoletu przystawianego
do głowy, lub leżąc twarzą do ziemi z rękami założonymi na głowę - Sąd udawał, że nie
słyszy tych wypowiedzi;
- wbrew przepisom, w budynku sądu i na sali rozpraw znajdowała się duża liczba
uzbrojonych w pałki milicjantów (oprócz konwojentów), którzy radośnie i głośno wyrażali
swój zachwyt dla wysokości kar;
- niektórzy, jak np. pracownik SB Krywosiejew, martwili się ... niskimi, ich zdaniem,
karami; oczekiwali dwa razy wyższych;
- żenujące były rozmowy sędziów (uśmieszki) w czasie przemówień obrońców,
którzy musieli je z tych powodów przerywać, oraz w czasie zeznań na korzyść
oskarżonych;
- na rozprawę dopuszczono tylko po jednej osobie z rodzin oskarżonych, przy czy
były one szykanowane.
Gdynia, 4 luty 1982.