"Karnawał Solidarności" 1980-81 w Szkole Morskiej

Historię "Wielkiej Solidarności" w WSM w Gdyni trzeba rozpocząć od przypomnienia atmosfery panującej tu pod koniec lat 1970-tych.
Wbrew temu co się wydaje większości mieszkańców Trójmiasta, a tym bardziej większości pozostałych Polaków, Szkoła Morska nie jest uczelną wojskową. Jednak, choć nie wojskowa, kiedyś rzeczywiście była to szkoła bardzo specyficzna. Nie dziwota. Przecież kształciła ludzi, którzy mieli obracać się w "świecie kapitalistycznym". To nakładało "szczególne obowiązki" na ich nauczycieli. Jeden z naszych starszych kolegów, wykładowca WSM, za swoje bardzo ważne osiągnięcie życiowe uznaje sam fakt wykręcenia się od zapisania się do PZPR! Tak było o to w Szkole trudno.
Inna prawda to to, że pod koniec lat 1970-tych była to już nie ta sama instytucja co wcześniej. Odkąd została szkołą wyższą coraz bardziej "normalniała", coraz bardziej upodobniała się do zwykłej uczelni.
Przecież nie do końca jednak. Do samego końca istnienia PRL lokalne władze "dbały" o swoją jedyną szkołę wyższą.
Miała ona przy tym inną jeszcze specyfikę, różniącą ją od innych uczelni.
Jej kadra pochodziła nieomal wyłącznie "z importu". A więc stanowili ją, na ogół, ci, których w ich macierzystych placówkach nie chciano. Albo ci, którzy nie mieli szans na zrobienie w nich kariery. Przychodzili do WSM, bo tu było znacznie łatwiej. Nie tylko wtedy gdy się należało do Egzekutywy, ale zwłaszcza wtedy. Więc starano się do niej należeć. Stąd Partia (PZPR) była tu potęgą.
U progu lat 1980-tych dla każdego było oczywiste, że właśnie ta siła uczelnianej organizacji partyjnej (o charakterze dość wyraziście mafijnym) jest specyfiką Szkoły (to dlatego, w niedalekiej przyszłości, WSM dorobi się nazwy: "Dolina Czerwonych Słoni").

I w takiej to dusznej atmosferze, 22 sierpnia 1980 r. doc. Mikołaj Kostecki zwołał zebranie celem poparcia strajkujących w Gdańsku stoczniowców.
Niewiarygodne, ale powiodło się! Ludzie (gremialnie!) otwarcie opowiedzieli się przeciwko władzy. Na tle dotychczasowego marazmu, zadziwia łatwość z jaką udało się do tego doprowadzić. Zadziwia łatwość, spontaniczność z jaką organizowała się tu "Solidarność". Pod koniec legalnej działalności, w grudniu 1981 należało do niej ponad 60% pracowników. (Byli wśród nich także ci, którzy w przyszłości mieli represjonować jej działaczy). Wydaje się, że ludzie w ten sposób odreagowywali swój poprzedni strach.
A potem powstał silny NZS (ponad 50% studentów! - prawdopodobnie rekord krajowy). Bardzo widoczny na zewnątrz. Choćby z powodu mundurów noszonych przez naszych chłopaków. Sprawiały one, że wszędzie rzucali się w oczy. A - chyba trochę z powodu tych mundurów, trochę dlatego, że to "prawie-wojsko" - chętnie ich angażowano jako obstawę różnych imprez, nie tylko studenckich.
Komisja Zakładowa zaczęła wydawać "Biuletyn", a potem jeszcze słynniejsze "Zeszyty problemowe". I tu i tam ukazywały się materiały, które bano się drukować gdzie indziej. Między innymi traktowany przez władze jako skrajnie antyradziecki "Mróz od Wschodu" Zdenka Mlynara. W listopadzie 1882 roku tak o wydaniu tej książki przypominał mieszkańcom Trójmiasta - artykułem, podpisany inicjałami J.W. - jedyny drukowany tu wówczas, "łączony" dziennik: ... Z broszurki - zgodnie z zapowiedzią w tytule - aż wieje chłodny wiatr niechęci wobec polityki Związku Radzieckiego. A język - szkoda mówić. Zdaniem b. Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" przy WSM w Gdyni na takich tekstach studenci mieli się uczyć kultury politycznej. J.W. pytał też oczywiście:
Komu miały służyć te "rewelacyjne" informacje i ta cała broszurka wydana w nakładzie 2 tys. egzemplarzy przez "solidarnościowców" z WSM? Kto ją kolportował i po co?
Studenci wydawali też swoje, chyba jeszcze radykalniejsze pismo "Latarnia" (jednym z numerów zainteresowała się prokuratura), a także samodzielne broszurki sygnowane przez redakcję "Latarni".
Wszystko to było bardzo widoczne, bardzo spektakularne. Te idące w tysiące nakłady rozchodziły się po całym Trójmieście. Trafiały i dalej. W Polskę. W dodatku ludzie "wiedzieli", że rzecz dotyczy szkoły "wojskowej". To jeszcze wzmacniało wrażenie. (Udział w tym wszystkim niżej podpisanego był raczej skromny jednak jak dziś pamięta on zainteresowanie jakie wszędzie wzbudzała jego osoba gdy tylko okazywało się, że jest ze Szkoły Morskiej.)
Jeszcze raz podkreślę swoją bezradność. Nie wiem dlaczego tak się działo. Jak do tego doszło. Zupełnie to nie pasowało do mojego wcześniejszego oglądu mojej uczelni. W Sierpniu nie wierzyłem, że w Szkole uda się kogokolwiek do poparcia stoczni i strajku solidarnościowego zmobilizować. No, może nie kogokolwiek, ale na pewno niezbyt wielu. A tu ...

Niewątpliwym twórcą szkolnej "Solidarności" był jej pierwszy przewodniczący doc. Mikołaj Kostecki. Bardzo lubiany i szanowany w Szkole. W maju 1981 został jej rektorem.
Jednak to nie on był odpowiedzialny za panujący w WSM klimat, a zwłaszcza za specyficzny obraz Szkoły widziany z zewnątrz. Zadecydowały o nich dwie inne osoby: Ewa Kubasiewicz, pracownica biblioteki i Jacek Boroń, przewodniczący szkolnego NZS, student Wydziału Nawigacyjnego.
Ewa to był "Biuletyn" i "Zeszyty". Jacek - NZS i "Latarnia".
O "Zeszyty" Ewa walczyła prawie z całą Komisją Zakładową. W listopadzie 1981 musiała się aż bronić ogólnoszkolnym referendum, które przytłaczającą większością głosów (290 do 16) opowiedziało się za dalszym ich wydawaniem. Jednak gdy doc . Kostecki został rektorem przegrała wybory na wakujące stanowisko przewodniczącego Komisji Zakładowej. Wybrano nim niekontrowersyjnego, bo mniej radykalnego Jurka Kowalczyka.
Była jednak we władzach Regionu. Była też delegatem na Krajowy Zjazd Delegatów. Należała do "Gwiazdozbioru" - nieformalnej grupki skupionej wokół Andrzeja Gwiazdy i Anny Walentynowicz.
Jacek był charyzmatycznym, niezwykle inteligentnym, świadomym przywódcą studenckim, o bardzo szerokich horyzontach. Koledzy gotowi byli za nim w ogień wskoczyć.
Dziś tych dwoje nieprzeciętnych ludzi łączy to, że żadne z nich nie mieszka w Polsce. To jeden z efektów stanu wojennego.
W tym miejscu trzeba koniecznie wspomnieć ówczesne władze Szkoły w osobach rektora prof. Daniela Dudy, a także prorektora d/s dydaktycznych doc. Adolfa Fiałkiewicza. Choćby dlatego, że przecież bez ich zgody na udostępnianie usług Wydawnictwa WSM niczego nie dałoby się drukować. Jednego z głównych składników mitu "Solidarności" WSM w ogóle by nie było!
Doc. Fiałkiewicz (wybrany także i do solidarnościowych władz rektorskich) podobno miał być później, za tę ustępliwość potraktowany przez Komitet Wojewódzki jak przysłowiowa "bura suka". Pozostawiono go jednak na stanowisku prorektora - pozwolono, by do jasnych kart swego życiorysu dopisał trochę ciemniejszych (zresztą niekoniecznie bardzo ciemnych - por. wspomnienia doc. Dzierżka).

Wbrew temu co się mogło z zewnątrz wydawać, w Szkole było bardzo spokojnie. Pewno dlatego, że to "Solidarność" rozdawała karty. Najlepiej świadczą o tym wyniki przeprowadzonych w maju 1981 wyborów do władz Uczelni. Kandydaci Związku wygrywali przytłaczającą większością głosów - przewodniczący KZ Mikołaj Kostecki, w trudnych wyborach rektorskich otrzymał ich 65% (pozostałymi 35%, dość sprawiedliwie, podzieliło się aż czterech konkurentów).
Mowy nie mogło być o jakichkolwiek wojnach. Kto niby z kim?!

Zmieniło się to dopiero po 13 grudnia.

TeSteP


powrót do strony tytułowej Archiwum NSZZ Solidarnosci przy WSM w Gdyni